rzeczne rewiry: "Syreny mają ości" Aleksandry Zielińskiej
Moja pierwsza powieść wyrosła z gniewu i tęsknoty za matką,
wymyśloną lub prawdziwą, matki to przecież fikcje.
Aleksandra Zielińska „Syreny mają ości”, Str 61
Bohaterka tej książki, Zofia, ma imię przeczące jej
charakterowi: można o niej powiedzieć wiele, ale nie to, że jest mądra.
Tu mam odruch niczym Carrie Bradshaw, by włączyć z offa swoją narrację i oświadczyć:
to ciekawe, jak współczesna liter utrą, łącznie z tą aspirującą do miana
feministycznej, unika lansowania mądrych, inteligentnych kobiet. Czarownice,
wariatki, ofiary, nimfomanki, oto
najlepsze typy na protagonistki czytanych
w Polsce książek. Zrównoważone i rozsądne dziewczęta oraz kobiety są wyjątkowo u nas niemodne, co jest chyba racjonalnym
uzasadnieniem braku tłumaczeń tych dziel literatury brytyjskiej, gdzie takie
postaci grają główną role.
No ale czas zamknąć okienko z Carrie i powrócić do naszych
Syren, bohaterek najnowszej książki Aleksandry Zielińskiej. Ich losy poznajemy
dzięki już wspomnianej Zofii, autorce jednej książki, pracownicy siłowni,
cierpiącej na łuszczyce trzydziestoparolatce, decydującej się na nagłą zmianę w
swoim życiu. Pod wpływem impulsu wywołanego tajemniczą paczką z listami dawno
zaginionej matki, Zofia decyduje się na powrót do rodzinnych i Grzmotów podkarpackiej
wioski położnej w strefie wylewowej Sanu.
Na miejscu zastaje opuszczony, zniszczony dom rodzinny,
kilka znajomych z lat dziecinnych i coraz bardziej wzbierającą rzekę. Tak
zaczyna się nietypowa saga rodu kobiet , i dla żartów i ze strachu nazywanych
Syrenami. Są one zbuntowane, samodzielne, uparte i z bliżej niewiadomych
powodów uznawane za niebezpieczne. Ich historia jest opowiedziana przy pomocy
listów, urywków dzienników i wspomnień.
I byłoby to całkiem ciekawe, gdyby nie
zbyt mocne podtopienie akcji książki w opisach błot, rzecznych wirów, fal i
głębin, oraz fauny je zamieszkującej. Bo San jest tu pełnoprawnym nieludzkim bohaterem,
co na pewno stanowi realizację najnowocześniejszych trendów ekoliterackich. Jako
stworzenie typowo lądowe muszę przyznać, że mój zapał do czytania rozcieńczał
się w momentach potoczystych opisów wodno bagiennej przyrody.
Musze też sprawiedliwie dodać, że książka jest napisana wartko, a jej bohaterka
doskonale się wpisuje się w tak popularny obecnie kanon wierd girl fiction.
Wolałabym większą koncentrację akcji wokół skomplikowanych relacji rodzinnych
matka-córka-babka, ale doceniam wysiłki ujęcia w książce tak nowatorskich tematów
jak hydrofeminizm czy ekopoetyka. Mniej za to cenię pobocze popularne w prozie polskiej
watki, typu wiejska sierota czy cudowne objawienie na szybce.
Dlatego nie mogę się powstrzymać, by w ramach podsumowania zawartości
tej książki, nie zacytować ulubionego kabaretowego hasła:
O cholera, nie za dużo trochę?
Komentarze
Prześlij komentarz