Posty

Zieleń cudzej trawki

Obraz
  W parku kobieta w Fioletowej Spódnicy usiadła na swoim zwyczajnym miejscu. Włożyła rękę do opartej na kolanach torby i wyciągnęła   z niej pięknie czerwone jabłko. To było hokuto, które dostała przy wyjściu od Pani Tsukady. Podniosła je na wysokość twarzy, otworzyła szeroko usta aaa, a potem haps! Wgryzał się w nie. Natsuko Imamura „Kobieta w Fioletowej Spódnicy”, Str 48 Jak zwykle po lekturze wyśmienitej książki miałam problem co wybrać do czytania po opowiadaniach Carrington. Potrzebowałam albo czegoś jeszcze bardziej szalonego, albo czegoś zupełnie przyziemnego. Ze znalezieniem pierwszego typu książki nic nie wyszło. Za to udało mi się znaleźć coś, co gwarantowało oczyszczenie umysłu i wyobraźni ze wszystkich mar, zjaw i kreatur jakie zaczęły krążyć po lekturze Siódmego Konia. Ta niepozorna książeczka na dobre wymiotła mi z głowy wszelkie surrealistyczne widziadła. Czytało się ją szybko i bezproblemowo, po prostu zrobiłam haps, haps i było po lekturze. Prościutki język, obra

Rozwiana

Obraz
  Domagać sie inteligencji, a jednocześnie towarzystwa, to by były za wysokie oczekiwania  Leonora Carrington "Siódmy Koń. Opowiadania zebrane", str 202 Cuda na kiju, kij od miotły, na miotle czarownica z końska grzywą i wilczym uśmiechem, poprawia sobie pantalony. Więcej tego typu historii znajdziecie w niedawno u nas wydanym zbiorze opowiadań Leonory Carrington. Dla mnie te teksty to czytelniczy raj. Nie tylko są mieszanką wybuchową legend i zmyśleń, ale też zawierają sporo humoru, filozoficzno feministycznych podtekstów oraz podśmiechujek ze współczesnego społeczeństwa. Zbiór doskonale pokazuje rozwój pisarstwa Lenory, od wczesnych historii wziętych z życia zamożnej panienki po odwołujące się do okultyzmu i meksykańskiej mitologii opowieści dojrzałej  malarki i doskonalącej swój warsztat wiedzmy. Czytać to należy to powoli, by nie uronić nic z mądrości zawartych w poszczególnych zdaniach i by w pełni docenić niezwykłość surrealistycznych obrazów konstruowanych przez Au

Mowa

Obraz
  Słowo rzucało cień na rzeczy „Słowa”, Jean Paul Sartre, str 27 Znużona prozą aktualną i powszechnie chwaloną, a miałką przy próbie czytania, zaczęłam grzebać wśród książek przodków. No i wydłubałam książkę, a właściwie książeczkę, malutką, chudziutką, ale z zacnym i znanym nazwiskiem na mocno zszarganej, okładce. Po czym wsiąkłam w nią na długie dni długie godziny. Błądzenie po zawiłych zdaniach, po starym francuskim mieszkaniu, wreszcie po dzieciństwie jednego z najpopularniejszych filozofów zeszłego wieku, było przygodą budzącą więcej zachwytu niż emocji. Bo Sartre wiąże słowa w zdania w sposób świadczący o wyjątkowej wirtuozerii. Opisuje swoje lata chłopięce drobiazgowo, ale z wielkim poczuciem humoru i dużą doza autoironii. W rezultacie tworzy opowieść o dziecku nie tyle genialnym , co przekonanym o własnej wyjątkowości. Historia konfrontacji tego ja wyobrażanego, z ja postrzeganym, nie staje się jednak przypowieścią o gorzkim rozczarowaniu. Jest raczej pełną anegdot  gawędą o ty