Mamuśka nie całkiem święta: "Moje Zmory" Gwendoline Riley

 


Matka robiła to, co „się robiło”; to, co „się robiło”, to była największa świętość i znak, ze się jest „normalnym”

Gwendoline Riley „Moje zmory”, Str 10

Relacja matki i córki opisana niesentymentalnie. Córka niby dorosła, ale ciągle niedojrzała do nabrania dystansu. Matka z tych, co za priorytet mają hasło "co ludzie powiedzą" i aktualnie obowiązujące mieszczańskie normy.

Żadna z nich nie próbuje zrozumieć drugiej, ale usiłują zachować kontakt. Wychodzi to trochę zabawnie, trochę żałośnie, I bardzo prawdziwe…

według wydawcy jest to książka o córce, co pragnie zrozumieć kim tak naprawdę była jej matka.
Ale kłóciłabym się o to, czy wydawca mówi prawdę.
Czytając tę książkę miałam wrażenie że gdzieś się umówiłam z jej narratorką w kawiarni i ona siedzi i mi opowiada jakie to ma przypały ze swoją mamusią, jaka to ta mamusia jest ciężka w relacjach.
Moim zdaniem problem córki w momencie spotkania z matką, (dodam, że to spotkanie ma miejsce jedynie raz w roku) polega na tym, że ona z powrotem staje się dzieckiem które chce matkę zadowolić. A ponieważ matka jest osobą z dystansem, osobą nie okazującą  wylewnie uczuć, to córka zabiega o to, by nie zniechęcić matki do siebie i by jakoś zyskać jeżeli nie zrozumienie, to przynajmniej jej aprobatę. Natomiast nie widzę tutaj jakiś prób zrozumienia kim była ta matka.  
Poza tym , kim ta matka była tak naprawdę, widać od pierwszych stron książki. To kobieta, która starała się nie tyle wieść satysfakcjonujące ją życie, a  życie satysfakcjonujące osoby ją rzekomo oceniające.  
Matka jest niewolnicą swoich wyobrażeń o tym, co należy robić: należy mieć rodzinę, to ma rodzinę, chociaż się ją to absolutnie nie uszczęśliwia. Należy mieć pracę więc chodzi do pracy, tej samej przez 30 lat, mimo tego że ta praca nie sprawia jej najmniejszej satysfakcji.
Moim zdaniem tutaj zarówno matka jak i córka zasługują na współczucie. Ich wzajemne wysiłki żeby jednak utrzymywać kontakty często doprowadzają do rozczarowań i przykrych sytuacji. Niemniej córka momentami potrafi wynaleźć nie tyle wspólne zainteresowania, co jakieś wspólne czynności, pomagające się tej matce wyciszyć i dające  jej poczucie pewnego porozumienia z córką, a jeżeli nie porozumienia, to może dowodu dbałości tej córki o nią.
Jest to książka dająca bardzo do myślenia, ale pozostawiająca osobę czytającą z pewnym dyskomfortem. Na szczęście jej tekst jest napisany mało dramatycznie, językiem gadanym, potocznym, pozbawionym upiększeń i precyzyjnym.
Bardzo wartko się toczy ta historia. Tylko że nie jest to historia dająca ukojenie, jest to historia na pewno dająca powód do refleksji nad tym, jak nasze życie czasem nie tyle komplikujemy, co darujemy innym. W tym sensie, że pozwalamy by to nasze życie układały nie nasze własne zasady tylko zasady, albo nasze wyobrażenia o zasadach, jakie aktualnie obowiązują w społeczeństwie.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

niemężatka ma być miła: "Excellent Women" Barbary Pym

Czy pisanie to rozrabianie: "Loitering with Intent" Muriel Spark

Bez afirmacji: Krzysztof Varga „Śmiejący się pies"