Anna z boleśnie urażoną dumą siedziała w swojej przestronnej bawialni o pięknych proporcjach, drżąc z lęku przed zawoalowanymi pytaniami sąsiadów i złowróżbnym milczeniem męża. Dawna awersja, którą odczuwała do swego dziecka, powróciła niczym nieczysta dusza, która przygarnęła do siebie jeszcze siedem bardziej niegodziwych
Radclyffe Hall "Źródło Samotności" , str 144
Zabierałam się do tej książki, przekonana, że będę miała w
czytaniu saficką wersję Wichrowych Wzgórz. To przekonanie nie opuszczało mnie
do połowy książki. Stare domostwo, rozrywki arystokracji, dziecięce zabawy pod
okiem guwernantki, miały niezaprzeczalnie urok wiktoriańskich powieści
angielskich.
Retro styl, no trudno, w końcu to romans z początku ubiegłego wieku, mówiłam
sobie, czytając dramatyczne opisy poczynań młodej arystokratki, co wolała być
chłopcem, ale nie było jej to dane. Opisy polowań na lisa i pomiatania służbą mocno nadwyrężyły
moją cierpliwość, ale postanowiłam wytrzymać.
I wytrzymałam! Do ostatniej strony, choć nie raz się zastanawiałam,
czy było warto. Bo coraz bardziej widziałam, że czytam nie queerową Bronte, a
Mniszkównę. To Wersja lesbijska Trędowatej, myślałam, , gdy czytałam o wykluczeniu towarzyskim pań będących
w nieheteronormatywnym związku.
Jakby tego było mało, bohaterka książki, Stephen, osoba transpłciowa,
okazuje się też szowinistą, konserwatystą, homofobem, rasistą i żarliwym katolikiem.
Jak by chciał(a) udowodnić, że potrafi być lepszym brytyjskim prawicowcem , niż
współczesne jej oryginały. Dla mnie te wysiłki były mało urzekające, więc mimo (trącących
grafomanią) zabiegów autorki, by wzbudzić do protagonistki współczucie, pod
koniec lektury miałam dla niej głównie zniecierpliwienie.
Na szczęście poczucia zmarnowania na lekturę czasu pozbawił
mnie wstęp do książki, napisany przez Renatę Lis. Wyjaśnia on wiele i jest
istotnym uzupełnieniem książki. Zdecydowałam się na czytanie go jako epilogu i
była to mądre posunięcie.
Po pierwsze, trochę tam było spoilerów, po drugie lepiej rozumiałam, o czym
pisze Lis. Po trzecie dowiedziałam się, że taka Winterston nie uznaje Źródła za
dobrą książkę, więc od razu zrobiło mi się raźniej i poczułam, że dzięki
brakowi zachwytów nad piórem Radclyffe Hall
znalazłam się w dobrym towarzystwie.
Na koniec opisu moich wrażeń z lektury nie mogę się powstrzymać od
stwierdzenia, ze zdumiewa mnie zbiór entuzjastycznych haseł na temat tej książki,
zgromadzony w blurbach!
Bo jest to powieść obecnie kwalifikująca się do gatunku kuriozalnych ramot, a
nie odważnych i buntowniczych dzieł wyprzedzających swoją epokę.
Komentarze
Prześlij komentarz