Chłopak z PRLu: Maciej Hen "tratwa z pomarańczami"



Co to znaczy Polak, przekonałem się naocznie, gdy miałem niecałe cztery lata, kiedy pojechaliśmy cała rodziną do Pragi, gdzie tata miał jakieś swoje ważne sprawy i tam znaleźliśmy się wśród ludzi, którzy Polakami nie byli-bo nie mówili po polsku. Więc Polak-jasne, ale co to Żyd? Nie wiadomo.

Maciej Hen "tratwa z pomarańczami", Str 16

Mam taką przypadłość, od zawsze, że kocham zaglądać ludziom w okna, a jeszcze bardziej lubię zaglądać im w domy i mieszkania. Lata temu, będąc dziewczęciem, co usiłuje się utrzymać z pracy rąk własnych na obcej ziemi, z entuzjazmem podjęłam się pracy sprzątaczki. Dzięki temu zajęciu mogłam bezkarnie zaglądać we wszystkie zakamarki domostw tubylców. Że przy tym musiałam się naszorować, nazamiatać, namachać mopem, to już inna sprawa. Jakby nie było, wszystko ma swoją cenę!

Dlatego z wielkim entuzjazmem biorę się za książki, co są jak klucze do cudzych mieszkań. Tratwa z pomarańczami zdawała się być jedną z nich. Oferowała nie tylko wędrówkę po starym warszawskim apartamencie, ale i pomieszkiwanie z rodzina najstarszego żyjącego polskiego Pisarza, Józefa Hena.
I faktycznie, zaraz na pierwszych stronach czuję, jak mnie za rękę łapie trzyletni chłopiec, najpierw puszcza mi płytę ze swoja ulubioną piosenką, prowadzi do kuchni, pozwała zaglądać w garnki, nasłuchiwać maszyny do pisania, a potem częstuje pysznym krupnikiem.

Tu mogłabym podsumować, że Maciej Hen serwuje czytelnikom ciepłą rodzinną opowieść o dzieciństwie w powojennej Warszawie, gdyby nie to, że ta książka zawiera znacznie więcej.

Bo Maciej Hen wciąga mnie też w życie rodziny polskich Żydów. Z tragiczną przeszłością i niepewną teraźniejszością. Rodzina jego matki zginęła w Zagładzie, a wuj, co ledwo uszedł z życiem, snuje wojenne wspomnienia, w których tragizm miesza się z humorem w niezwykły sposób.
Myślę, że to wujowe opowieści pomogły autorowi  odnaleźć właściwą formę na opowiadanie o dzieciństwie i młodości w latach poprzedzających rok 1968, rok, gdy antysemityzm stał się oficjalną polityką naszego Państwa.

Historie opowiadane głosem podrostka, obrazki z jego codzienności, w której kolega z podwórka nagle z towarzysza zabaw staje się wrogiem, a najlepszy przyjaciel jest zmuszony do wyjazdu z kraju, robią znacznie większe wrażenie, niż suche informacje o tych latach. Ich wymieszanie z opisami często zabawnych wydarzeń z życia dojrzewającego chłopca dodaje im, paradoksalnie, siły rażenia.
Nie mogę więc powstrzymać się od okazania podziwu za tak idealne wyważenie tej opowieści, za nadanie jej bezpretensjonalnej i jednocześnie przejmującej formy. Przyznam, ze śmiałam się głośno przy niektórych fragmentach, ale niektóre z nich sprawiały, że wzdychałam ze smutkiem i  przerażeniem nad tym, jak łatwo jest w ludziach zaszczepić nietolerancję i wrogość.

Komentarze

  1. Dzięki szczególnie za ostatnie dwa akapity. Książkę porzuciłam po ok. 30 stronach, ponieważ raziła mnie infantylnym tonem. Wiem, że perspektywa dziecka itp., ale to było dla mnie nie do zaakceptowania. Po Twoim wpisie dam Tratwie jeszcze jedną szansę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie akurat ten sposób opowiadania nie drażnił w tym wypadku, no i wydaje mi sie że był celowy, dla zwiększenia kontrastu miedzy dziecięcością, a rzeczywistością

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

niemężatka ma być miła: "Excellent Women" Barbary Pym

Czy pisanie to rozrabianie: "Loitering with Intent" Muriel Spark

Typ Panny Lise: Muriel Spark "Jazda"