Z pamiętnika angielskiej feministki: E.M. Delafield „Dziennik Prowincjonalnej damy”
Oświadcza, że niech sobie mówią, co chcą, ale prawda jest taka, że gdyby potrafiły zdobyć męża, żadna z nich nie byłaby feministką. Bezzwłocznie odpowiadam, że wszystkie są zamężne, niektóre nawet dwa czy trzy razy. Może to i nieprawda, ale rzadko mi się zdarza czuć równie natarczywy morderczy impuls. E.M. Delafield „Dziennik Prowincjonalnej damy”, Str 109 Pięć lat po tym, jak Pani Dalloway (premiera w 1925 roku) kupowała kwiaty, Pani Delafield hodowała je sama. W saloniku swojego domu na prowincji, ustawiała na fotelach tace z cebulkami, gdy wpadła do niej na pogawędkę najelegantsza dama z sąsiedztwa. Oględnie mówiąc, nie było to tak wykwintne przyjęcie, jakie urządziłaby Ms Dalloway. Bohaterka Delafield z elegancją ma problemy: nie stać ani na najmodniejsze suknie, ani na porządną kucharkę. I nie tylko z takimi niedoborami musi się borykać. Wiecznie brak jej pieniędzy i czasu dla siebie. Ma służbę, ale kiepską, ma męża, ale nierozmownego, ...